XL Maraton w Puszczy Kampinoskiej
Forum
Kilkanaście dni temu brałem udział w XL Maratonie pieszym im. Andrzeja
Zboińskiego w Puszczy Kampinoskiej. W maratonie wystartowałem z Żoną już
po raz piąty. Co roku startowałem na odcinek 50 km dzienny. W tym roku
postanowiłem spróbować swych sił na nieco dłuższym odcinku 75
kilometrów. 75 kilometrów po leśnych duktach to już jest kawałek drogi, a
do tego wybrałem start nocny.

Na starcie stawiliśmy
się około 20 minut przed godziną 20:00. Najpierw wydanie kart i numerów
startowych. Na chwilkę przed startem pamiątkowe zdjęcie i
ruszamy.
Początek niby łatwy, ale spora ilość uczestników
skutecznie hamowała spokojny marsz. Po przejściu około 5 kilometrów
grupa powoli zaczęła się nieco rozciągać. Pierwsza mała wpadka -
Warszawska Droga odcinek od Karczmiska do Truskawia. Pokonywaliśmy tą
trasę już kilkanaście razy w obu kierunkach, lecz nagle zaćmienie lub
może presja tłumu - skręcamy ze szlaku dość ostro na zachód. Po
kilkunastu
metrach umysł podpowiada,  że coś tu chyba jednak jest nie tak. Droga
zbyt wąska jakieś krzaki. Nie, to jednak nie jest właściwy trakt. Ale
jeszcze małe niedowierzanie, włączamy GPS. Tak jednak się pomyliliśmy.
Szybki odwrót do czerwonego szlaku, zmarnowane cenne minuty, a nade
wszystko najcenniejsze siły. Pierwszy mały przystanek w Wierszach.
Troszeczkę dziwnie się czujemy
totalne ciemności, a tu cmentarz na wyciągnięcie ręki. Parę łyków wody i
ruszamy dalej. Pierwszy punkt kontrolny Roztoka.

Po minucie już
jesteśmy na zielonym szlaku i podążamy do wsi Górki położonej w samym
centrum Puszczy Kampinoskiej. Jedna trzecia dystansu za nami, mijamy
Górki. Mijamy śpiące zabudowania Zamościa. Punkt kontrolny nr dwa.
Stempelek, łyk zimnej wody i ruszamy. Od tego momentu zaczyna się
prawdziwa dzika Puszcza. Za mostkiem na kanale Łasica za Rzepową Górą
dochodzi do nas, że nie jesteśmy tu sami. Nie chodzi o innych
uczestników marszu, ale o mieszkańców tych lasów. Gdzieś w oddali
słychać
ryk Jelenia, a tuż obok pohukiwanie sowy. Kolejny przystanek to Dąb i
Kamień prof. Kobendzy. Kilka kilometrów dalej znów mała wpadka z
pomyleniem drogi. Dochodząc do Famułek Królewskich kilkuosobowa ekipa
idąca z nami skręca zbyt wcześnie w lewo. Znów parę kroków zmarnowanych.
Po kilku chwilach jesteśmy jednak znów na dobrej drodze. Z tego miejsca
do Mety na 50 kilometrów jest już naprawdę niedaleko, może godzina
szybkiego marszu. Niestety te kilka kilometrów zaczyna się wyciągać.
Zaczynam odczuwać pierwszy kryzys, ogarnia mnie nie zmęczenie fizyczny,
ale senność. Organizm od 9 godzin pracuje na wysokich obrotach, od 22
godzin nie spałem. Tu muszę podziękować Żonie, która podtrzymywała mnie
na duchu, zagadywała, żebym nie usnął w marszu. Około godziny 6 wreszcie
dochodzimy do mety 50 kilometrów.

Dla nas jednak to nie koniec walki z
własnym ciałem, ze zmęczeniem, z sennością. Parę minut odpoczynku,
ciepła kawa z niewyobrażalną ilością cukru i stanąłem na nogach. Jeszcze
tylko techniczna zmiana skarpetek i ruszamy. Na horyzoncie wstaje nowy
dzień. Jestem pełen nadziei, ale i obaw, czy damy radę, czy ja dam
radę?  Dojście do Dębu Powstańców to już jest nie mały wyczyn, sporo
odcinków pod górkę, a do tego zaczyna mnie męczyć żołądek. Nie dalej już
nie dojdę, muszę, muszę tu gdzieś skręcić, muszę być chwilę sam na sam z
przyrodą. Pomogło, jestem lżejszy, weselszy i mam nowe siły. Ruszamy
dalej. Następne 10 kilometrów jakoś zleciało. Znów Rzepowa Góra, znów
kanał Łasica. Demboskie Góry, Posada Cisowe, wszystko zaczyna się
zacierać i już nic nie widzę tylko te dwa, trzy metry przed sobą. Jest
mi wszystko jedno już nie mam siły dopada mnie ogromny kryzys, kryzys
którego nie mogę pokonać. Już zaczynam gadać brednie, chcę siadać pod
krzakiem, chcę spać, tylko spać już nic innego mnie nie obchodzi, tylko
usiąść pod drzewem i "płakać". Nie chcę już nigdzie iść. Znów Żona mnie
ratuje, wydobywa ze mnie ostatnie pokłady siły. Jeszcze trzy kilometry,
jeszcze dwa. Już widać drogę w Górkach już widać szkołę.

Na metę wchodzę
w amoku w jakimś marszowym letargu. Jedna myśl - chwila oddechu i
ciepła zupka. Niestety, zupki już nie ma, ostatnia szansa ratunku
prysła. Nie wiem, czy w gorączce zmęczenia, ale ja chcę iść dalej.
Jednak mój osobisty Anioł stróż mnie pilnuje. Może za rok, może za dwa,
muszą pozostać jakieś marzenia do spełnienia. Najważniejsze, że
pokonaliśmy swoje słabości to jest nasz rekord - za jednym zamachem
odcinek 75 kilometrów, zmęczenie i senność, ale jaka radość jak już to
do nas dotarło, że jednak się udało.
szwendak
24-10-2013 21:35:10
hr
G r a t u l u j ę. Piękna sprawa. Przy takim zmęczeniu znane miejsca w Puszczy Kampinowskiej wydają się jak obce. A do tego idzie się jakby nie przez las , a wgłąb siebie , coraz dalej i głębiej. Las zmienia się . Gratuluję szczególnie żonie.
GOŚĆ
15-11-2013 0:25:11
hr


Dodawanie Wpisu

Treść:

Aby dodać Wpis musisz udowodnić, że nie jesteś botem

żeby to zrobić przepisz liczbę(5 cyfr)

anty_bot

Liczba z rysunku:

klub nasz_kpn ciekawe_miejsca ciekawe_trasy
krajobraz zwierzęta my_na_szlaku miejsca roślinki wspomnienia
galeria
Aktualna pogoda w Kampinoskim Parku Narodowym Artykuły o Kampinoskim Parku Narodowym mapa parku KPN
Copyright 2010-2011 Wszelkie prawa zastrzeżone. CODE & DRESING NET6
Zgubiłeś się? - Mapa serwisu  - Szukaj
Powiększenie zdjęcia
Trwa ładowanie zdjęcia...

artykuly ; XLMaratonwPuszczyKampinoskiej_bQjKy ; XLMaratonwPuszczyKampinoskiej_bQjKy