Kolejny Puszczański Maraton
Forum

W drugi weekend (8 października 2016
r.) ruszyliśmy z Żonką na kolejny już XLIII Maraton pieszy im.
Andrzeja Zboińskiego w Puszczy Kampinoskiej organizowany przez
Mazowiecki Klub Górski Matragona. Ja startuję już po raz 8, a
moja Żonka po raz 7.

Niestety w tym roku los i inne
przeciwności życiowe nie pozwoliły nam za bardzo na przygotowanie
się do tej niecodziennej wyprawy. W zeszłym roku i dwa lata temu
udało nam się pokonać dystans 100km. Jeszcze rok wcześniej było
to 75 km. W tym roku nastawialiśmy się tylko na nocne 50
kilometrów. Ewentualnie, jak by siły pozwoliły mieliśmy pokusić
się o zdobycie dystansu 75 kilometrów.

Przez ostatni tydzień przed startem z
zapartym tchem śledziłem każda prognozę pogody. Niestety wieści
nie były zbyt optymistyczne, co też potwierdzała pogoda za oknem.
Przez kilka dni przed 8 października deszcze nie odpuszczał - raz
lało, raz tylko padało.

8 października. Znów pogoda "pod
psem" szarówka i jakaś mżaweczka. Ale optymizm nas nie
opuszczał. Przestało siąpić. Może było mokro, ale
najważniejsze, żeby nie padało na trasie.

Dzień startu godzina 19:30 dojeżdżamy
do Dziekanowa Leśnego. Na parkingu tłum piechurów. Do startu
pozostaje około 30 minut. Ruszamy w kierunku uroczyska Szczukówek,
gdzie rok rocznie rozpoczyna się Maraton. Przed startem humory
dopisują nie pada, jest dość ciepło jak na tą godzinę i porę
roku. Jeszcze tylko odebranie kart startowych. Godzina 20:10 ruszamy.
Pierwsze kilometry umykają bez pośpiechu, na trasie spotykamy kilku
znajomych z poprzednich startów. Deszcz nadal nie przypomina o
sobie. Dochodzimy do legendarnej Ćwikowej Góry i się zaczyna. Z
początku myśleliśmy, że nam się wydaje, że może to z drzew
wiatr strąca krople wody. Ale niestety nie, to nie wiatr. Zaczyna
siąpić drobniutki deszczyk. Jeszcze kilometr, może półtora.
Decydujemy się na lekką zmianę ubiorów. Milutkie polary
zastępujemy cienkimi kurtkami przeciwdeszczowymi. Kaptur na głowę,
plecak na plecy i ruszamy dale. Deszczyk raz się wzmaga, raz
praktycznie ustaje. Droga jest miejscami tak błotnista, że tylko
chyba cudem unikamy poślizgnięcia i zanurzenia się w tą
nieprzyjemną ciemną breję, którą mamy pod nogami. Dochodzimy do
Zaborowa Leśnego, tu możemy lekko przyspieszyć, wchodzimy na
najdłuższą kładkę w Kampinosie - 700 metrów bez błota. Brniemy
dalej, jak na razie siła jest. Mijają kolejne kilometry, do
pierwszego punktu kontrolnego mamy jeszcze spory kawałek. Czas jakoś
nadspodziewanie szybko mija docieramy do pierwszego punktu
kontrolnego w Roztoce. Chwila wytchnienia, łyk wody, rozmowa ludźmi
z punktu kontrolnego i dalej na szlak. Deszcz już nas nie odstępuje
nawet na krok. Teraz czeka nas długi odcinek z początku szeroką
droga, później już wąziuteńka ścieżka pośród drzew. Na
wąskim odcinku we znaki daje się nam pogoda, dróżka w wielu
miejscach jest praktycznie nie do przejścia, musimy omijać wielkie
kałuże i plamy błota. Powoli dopada nas znużenie, cały czas
tylko idziemy i idziemy, monotonia widoku, a raczej braku widoku. Nic
tylko deszcz, deszcz, trawa, droga, kroki. Na jednym z zakrętów
szlaku mija nas chyba jeden z pierwszych biegaczy. Ku naszemu
zdziwieniu leci dalej na wprost, nie zbacza z głównej drogi za
szlakiem. Wołamy raz, drugi wreszcie zwalnia zatrzymuje się.
Naprowadzamy go na właściwy kierunek. Szkoda, by było gdyby tak
dalej pobiegł, szkoda sił, szkoda nadrobionych kilometrów. My
idziemy dalej swoim tempem. Już w oddali widać małe światełka,
później blask latarni. Tak, to kolejny punkt kontrolny. Przed nami
wieś Górki. Znów chwila oddechu. Teraz odcinek asfaltowy, który
niestety znów przechodzi w dość błotnista drogę. Chwila prosto,
potem odbijamy w prawo. Teraz już szmat drogi do kolejnego punktu do
mety 50 km. Droga, która zawsze wydawała nam się jedną z
najpiękniejszych w Puszczy teraz napawa nas strachem, zniechęceniem.
Demboskie Góry odcinek do Dębu Kobendzy, powinno być łatwo i
przepięknie nawet po nocy. Niestety, nie mamy już sił iść dalej.
Odzywa się kontuzja Żonki nasze niezbyt dobre przygotowanie,
znużenie i niewyspanie. Krzywa Góra, Dąb Kobendzy. Siadam na
ławce, nie chce już iść dalej, chcę tu paść pod tym drzewem.
Kilka niecenzuralnych słów w stronę pogody, przeklinanie deszczu.
Kryzys na całego, do mety jeszcze kilka kilometrów może z 10, może
troszkę więcej. Los jednak wyciąga do mnie pomocną rękę. Moja
Żonka staje na wysokości zadania, nie pozwala mi się poddać,
napełnia mnie nowa energią. Podnosi i każe iść dalej. Już teraz
nie wiem, co mnie napędza. Może to wizja nie tak dalekiej mety,
może wstyd, że Ona mimo kontuzji idzie dalej. Musimy dojść. Nie
ma już raczej mowy o pokonaniu 75 km. Teraz celem staje się meta w
Lasocinie. Robi się już powoli jasno. Dochodzimy do skraju Puszczy.
Widać już pierwsze domki i to co mnie najbardziej zawsze przeraża
w tej okolicy niekończącą się wstęgę drogi asfaltowej. Nie
widać praktycznie jej końca. Najbardziej wyczerpujący odcinek
marszu. Niby meta jest tak niedaleko, a wydaje się jak by była na
końcu świata. Deszcz, zmęczenie chłód. Teraz już nie idziemy,
teraz już tylko człapiemy. Czas powoli zaczyna nas przeganiać.
Bywały takie maratony w których mieliśmy w zapasie nawet po 2-3
godziny na dystansie 50 km. Teraz możemy nie zdążyć. To by była
największa porażka. Widzieć metę, a nie mieć już czasu na
dotarcie do niej. Mijamy mostek jeszcze trochę, zakręt w prawo
prosta, w lewo i już tam na końcu jest nasz cel. Ostatkiem mocy, a
raczej już niemocy przetaczamy się przez drzwi. W oczach Żony
widzę łzy bólu, ale jednak dotarła nie poddała się . Przecież,
gdyby nie jej determinacja ja nadal bym leżał pod Dębem Kobendzy.
Oddajemy nasze karty startowe. Człowiek z obsługi pyta się, czy
wezwać do Żonki pomoc medyczną? Nie, teraz już ból jest nie
ważny liczy się tylko to, że dotarliśmy. Może, gdzieś tam w
głębi duszy liczyliśmy na te 75 km, ale dobrze, że dotarliśmy do
tych pięćdziesięciu. Pogoda wszystkim dała się we znaki. Prawie
100 osób nie stawiło się na starcie, a około 30 nie dotarło do
mety. Prawie 12 godzin w deszczu i błocie, to już jest jakieś
wyzwanie i odmienna przygoda. Może za rok będzie lepiej, może
będziemy lepiej przygotowani. Czas pokaże. Teraz można się już
delektować spokojnymi wyprawami bez presji kilometrów i czasu.

szwendak
24-10-2016 14:29:11
hr
Tegoroczny październik pobił wszelkie rekordy,jeżeli chodzi o sumy opadów i dni deszczowe. Ale ma to też swoje plusy - duże opady deszczu zasiliły puszczańskie strumyki i bagna,które rok temu były praktycznie wyschnięte (nawet w grudniu).

Co do maratonów pieszych organizowanych w Puszczy Kampinoskiej,to mnie osobiście nie kręcą aż tak tak długie trasy (chociaż sam często wybieram się na wyprawy,podczas których średnio pokonuję 20 do 25 km). Dla mnie taka wyprawa ma być przyjemnością,a nie katorgą.
Mimo wszystko gratuluję Wam wytrwałości i życzę sukcesów w kolejnych puszczańskich maratonach pieszych.
GOŚĆ
24-10-2016 18:44:06
hr
Tak się zastanawiam nad sensem podobnych wyczynów no i myślę sobie że mają one uzasadnienie jako walka s samym sobą i ze swoimi słabościami.Można powiedzieć że życie to je bajka i nieraz trzeba wykazać wiele samozaparcia żeby nie dać się pogrążyć i wessać przez bagno.No i udział w takim maratonie prawdopodobnie umacnia człowieka w walce właśnie z samym sobą i przeciwnościami w życiu codziennym.Wiem coś o tym bo sam uprawiam marsze tylko do budki z piwem.Jeszcze jakiś czas temu to trasa wiodła wokoło trzech bloków a teraz to najkrutszą dróżką do kiosku i z powrotem a i to główną motywacją jest to piwko.A ile trzeba walczyć ze sobą żeby kupić tylko jedno.No to ja pana szwendaka dobrze rozumiem i podziwiam.No znowu z drugiej strony to zdrowy rozsądek każe się zastanowić po kiego licha ludzie wymyślili rower albo autobus, albo kolej żelazną?No i to samo w chodowli zwierząt i uprawie roślin.No po co są nowe smaczne odmiany sałaty, borówek, śliw ,jabłoni i grusz kiedy taki jeden profesor na UWM odkrywa na nowo i propaguje zupę z pokrzywy i mówi że to bogactwo regionalne.Może najlepiej i najzdrowiej to siedzieć w ziemlance i nie wychylać sie wogóle na świat?.Tak se myśle że może zrezygnować z tego pifka?.abo uparcie iść do pszodu najlepi nocom s poważaniem zenek.
GOŚĆ
25-10-2016 13:04:47
hr
Czy organizatorzy zapewniają jakiś powrót np. autobusem z punktów końcowych? Pozdrawiam. Paweł
GOŚĆ
26-10-2016 15:08:37
hr
Szczegóły Pawle znajdziesz na tej stronie:

http://www.pttk.com.pl/Pl/index.php?inside=ciekawostki&id=341

Na samym dole tej strony jest szczegółowy regulamin maratonu pieszego, który trzeba pobrać.Jest tam też informacja o autokarach zapewniających powrót, ale z tego co zrozumiałem, to chyba na własny koszt. Za wpisowe organizatorzy zapewniają kawę, herbatę, wodę mineralną... i pamiątkowy medal.
GOŚĆ
26-10-2016 15:58:33
hr
Doczytałem jeszcze, że medal otrzymuje tylko uczestnik, który ukończy wybraną przez siebie trasę. No i wpisowe kosztuje 40 zł. Cóż... organizatorzy też muszą z czegoś żyć ;)
GOŚĆ
26-10-2016 16:12:32
hr
Na mecie dziennej trasy 50km w Izabelinie były jeszcze ciastka ;)
GOŚĆ
30-10-2016 21:47:59
hr
No jezdem zaskoczony jak wiele siem w Polsce zmieniło po sławnym wezwaniu aby duch zstąpił na ziemie ,,te ziemie,, i odmienił jej oblicze.Dawniej to stało sie w kolejkach od świtu do ciemnej nocki żeby było co do gemby włożyć.A dziś wyrosła nam nowa świecka tradycja.Jest co żreć i za grosze można se kupić w marketach a to kiełbaski 30% mięsne a to rybki w glazurze tesz 30 % a to inne delicje no i po tym rozpiera człowieka wątroba.No to co krok widzi siem ogłoszenia do udziału w marszach, biegach, kicaniach,obrzucaniach siem pomidorami i marnowaniu żywności na jakieć halowini i podobne duperele.No to kto tam jeszcze nie może sie wypróżnić po tym śmieciowym jedzeniu to może wytrząść to z siebie w kampinosie.Najnowsze ogłoszenie w gminie kampinos brzmi ,,SPORTOWE OBCHODY ŚWIĘTA 11 LISTOPADA w KAMPINOSIE 2016-10-26
więcej»
S poważaniem nie srać w karzaczkach przy samej dróżce bo z pewnością kibelka tam nie będzie, i uważać na trawkę do podcierki.S poważaniem trawka kampinoska może rozciąć człowieka na połowe.
GOŚĆ
31-10-2016 11:40:36
hr
I ja byłem w tym roku - jak co roku - na Maratonie. Po raz pierwszy od kilku lat udało mi się zrobić 100 - przez poprzednie dwa lata tylko trzaskałem 75. Mega-satysfakcja. Pogoda chyba, wbrew pozorom, pomagała. Nie było sensu zatrzymywać się na dłuższe postoje, nie robiłem po drodze zdjęć - tylko droga, droga, droga... i jakoś ta setka minęła, nie wiedzieć kiedy.
W tym roku udało mi się namówić na współstart jeszcze dwie koleżanki z pracy, obie przeszły 50. Jak na pierwszy raz - nieźle.
A co do świadczeń - w tych 40 złotych (35 dla PTTK) mieściły się jeszcze: ciastka na mecie 50 i 100 oraz zupa na mecie 75. A jeszcze wszystko ubezpiecza lekarz... Myślę, że za bardzo na plus, to oni nie wychodzą.
Ambasador
09-12-2016 12:08:50
hr


Dodawanie Wpisu

Treść:

Aby dodać Wpis musisz udowodnić, że nie jesteś botem

żeby to zrobić przepisz liczbę(5 cyfr)

anty_bot

Liczba z rysunku:

 klub nasz_kpn ciekawe_miejsca ciekawe_trasy
krajobraz zwierzęta my_na_szlaku miejsca roślinki wydarzenia wspomnienia
galeria
Aktualna pogoda w Kampinoskim Parku Narodowym Artykuły o Kampinoskim Parku Narodowym Linki związane z Kampinoskim Parkiem Narodowym mapa parku KPN Wpisy użytkowników portalu
Copyright 2010-2011 Wszelkie prawa zastrzeżone. CODE & DRESING NET6
Zgubiłeś się? - Mapa serwisu  - Szukaj
Powiększenie zdjęcia
Trwa ładowanie zdjęcia...

glowna ; KolejnyPuszczaskiMaraton_HtxCS ; KolejnyPuszczaskiMaraton_HtxCS